Wiesław Kościelny - oddział 0313 Tarnobrzeg
Kliknj na zdjęcie po link do strony hodowcy!
 
 
 
 
O sobie. 
Moja przygoda z gołąbkami zaczęła się, jak zresztą u większości kolegów, w wieku dziecięcym. Wiadomo jak to początki - było ciężko, bo praktycznie nie znałem żadnego hodowcy. Wszystko zmieniło się za sprawą sąsiada, który zabrał mnie do Władysława Bednary - na tamte czasy czołowego hodowcy oddziału Tarnobrzeg. Po wizycie u niego zaczęła się moja prawdziwa przygoda z gołębiami.

Władysław Bednara zaczął mi pokazywać co i jak robić. Doradził mi jak zbudować gołębnik, jak karmić gołębie. Ogólnie wszystko co na początek musiałem wiedzieć. No i najważniejsze – pierwsze gołębie. Pierwsze sztuki dostałem oczywiście za darmo. Tak się to zaczęło. Pojawiła się druga... później trzecia para. W końcu prezenty musiały się skończyć,  no bo jak by nie było kolega Władek raczej takich prezentów nie dostawał, a materiał ściągał od znanych hodowców z Polski i zagranicy. Umówiłem się z nim tak, że jak zacznę dostawać pieniądze z praktyki szkolnej, to będę ratami spłacał gołębie od niego. W ten sposób w czasie jednego sezonu miałem już z 40 sztuk. Gołębie już były, wiec cóż to za chowanie jakby miały tylko siedzieć w gołębniku. Jako że byłem małoletni, to za pisemną zgodą rodziców wstąpiłem w szeregi związku.

Pierwsze loty. Jako że nie posiadałem jeszcze zegara, to musiałem do kolegi Władka Bednary dojeżdżać motorowerem. Było to jakieś 6 km, ale pomimo tego loty w sumie były udane. Na listach zaistniałem, z materiału byłem zadowolony. Po sezonie zostało mi około 30 gołębi. Na drugi rok na zegar nie było mnie jeszcze stać, ale za to, że zdałem prawo jazdy (za pierwszym razem!), to rodzice kupili mi Jawę – hmm... troszkę szybszy motor niż poprzedni.

W drugim roku miałem już około 50 młodych, w tym większą część od kolegi Władka. I tego nie zapomnę. Pierwszy lot i niespodzianka. „Spadło” kilka sztuk naraz, a więc szybko zdjąłem gumki, na motor i w 5 minut byłem u kolegi do odbicia... Okazało się, że u niego jeszcze nic niema, hmm... troszkę głupio wyszło, bo kolega Władek miał zegar na małą ilość odbić i nie wypadało mu zastępować miejsca na taśmie. Postanowiłem więc, że kupię swój zegar.

Wszystko układało się super w hodowli, aż do następnej wiosny. Tak się niestety złożyło, że zaraz po rejestracji otrzymałem wezwanie na komisje lekarska... od razu do WKU i sam nie mogłem uwierzyć, ale tego dnia otrzymałem bilecik do woja i już za 3 dni miałem zgłosić się w jednostce w... Szczecinie! Zaczęła się przerwa w życiorysie. Służba upłynęła mi szybko, tym bardziej że jej okres został skrócony z 24 na 18 miesięcy. Niestety okres ten wystarczył do tego, że jak wróciłem do domu, to nie mogłem hodowli pozbierać „do kupy”. Był to rok 1992.

Na szczęście trzon dawnej ekipy został prawie nienaruszony i pomału wszystko zaczęło wracać do normy. Wziąłem się ostro do roboty. Postanowiłem zbudować nowy gołębnik. Stary nie był zły, lecz mieścił się na domu i było to troszkę uciążliwe i nie estetyczne. Zacząłem budować nowy na garażu. Na początek wybudowałem dwa przedziały, jeden na młode, drugi na gniazdówkę. Zaraz po ukończeniu prac zacząłem przenosić wszystkie gołębie do nowego lokum. Oczywiście nie odbyło się bez problemów. Gołębie nie lubią zbytnio takich zmian i zeszło mi kilka dni zanim je przekonałem do nowego mieszkania. Na szczęście wszystko odbywało się na jednej posesji i dzieliło te dwa punkty około 30 metrów, więc troszkę sobie z nimi „pokursowałem”, aż zrozumiały że musi być tak jak ja chce. Po czasie zostały na nowym miejscu. W roku 1993 skupiłem się wyłącznie na młódkach. Stwierdziłem, że loty starych po takich przenosinach mogłyby być totalna klapą i sobie darowałem. W sumie miałem około 40 sztuk gołębi dorosłych i 50 młodych.

Miałem dobrą prace, więc postanowiłem kupić zegar. W tym celu wyruszyłem po raz pierwszy na wystawę ogólnopolską do Katowic. Muszę przyznać, że wystawa zrobiła na mnie duże wrażenie. Było co oglądać i kupować. Kupiłem drewnianego Benzinga, filmy video i kilka książek, zaprenumerowałem „Hodowce” i pełen wrażeń wróciłem do domu. Od tej pory praktycznie co rok jeździłem na wystawę ogólnopolską. W tamtych czasach było to okno na świat najlepszych hodowców. Zacząłem dużo czytać i wprowadzać wszystkie nowości do mojej hodowli. Mottem mojej pracy z gołębiami od tej pory była selekcja i loty. I tak jest co roku. Na efekty nie musiałem długo czekać. W roku 1995 mój pierwszy sukces - na lotach młodych zdobyłem tytuł II-vice Mistrza oddziału Tarnobrzeg na prawie 200 hodowców! Ponadto, oczywiście tytuł Mistrza w sekcji Baranów Sandomierski. Radości było co niemiara. Jeszcze bardziej chciało się osiągać sukcesy.

Teraz moim celem stały się loty gołębi starych. To już jest inna „półka”. Wiedziałe m, że aby zaistnieć to muszę wzmocnić ekipę. Pierwszym moim wzmocnieniem był niebieski Jansen od pana Trójczaka z Janowa Lubelskiego, kilka sztuk Grytów i Fabrów od śp.Karbowniczka. Później wybrałem sie do Łowicza do bracia Wyszograckich i zakupiłem dwa Ardeny i dwa Fabry. I na koniec zamieniłem się 10 młodymi z kolegami Pawlikami ze Skopania. Tą „mieszaninę” zacząłem między sobą krzyżować i ostro lotować, bardzo ostro. Moim celem było mieć mało gołębi, ale wyłącznie super. Pomału zacząłem dopinać swego. Od 1997 roku ilość gołębi przeznaczonych do lotów praktycznie nie przekraczała 50 sztuk. Plan lotów zawsze zaliczałem w 100% - oczywiście starałem się być jak najwyżej na listach. Dokładne wyniki jakie osiągnąłem można śledzić w zakładce „Wyniki”.

Nadmienię, że oddział Tarnobrzeg do roku 2007 liczył około 250 członków i był to jeden z największych oddziałów w Polsce. Dobry wynik zrobić w tak dużej ilości Hodowców to naprawdę była sztuka. Tym bardziej, że rozpiętość kilometrowa pomiędzy niektórymi sekcjami wynosiła nawet 50 km.

Uzupełnienie informacji na temat mojej hodowli znajdziecie w artykule „Wielka Księga Wiesława i Doroty Kościelnych”, który został opublikowany w ogólnopolskiej gazecie „Poradnik Hodowcy”, numer marzec 2013r. Zachęcam do zapoznania się z nim.